Jak pewnie zauważyliście, nasz blog miał dwutygodniową "przerwę techniczną"... Ale żeby nie było: w tym czasie nie wybraliśmy się na drogie, zagraniczne wakacje wykupione za kokosy z reklam - przez ostatnie czternaście dni nasze głowy zaprzątał wyjątkowy projekt.
SZLACHETNA PACZKA!
Dla niewtajemniczonych: Szlachetna Paczka to ogólnopolska akcja, w czasie której tworzymy świąteczne paczki dla potrzebujących. Niby akcja jakich wiele, zwłaszcza w ostatnim czasie. Uczniowie dobrze wiedzą, że w okresie okołogwiazdkowym warto być wyposażonym w młotki do skarbonek - nie ma dnia, kiedy do klas nie wejdą uśmiechnięte pomocniczki Mikołaja z prośbą o jałmużnę. Jak to mówią niektórzy, zbieramy na tacę. Z tą jednak różnicą, że zbierając pieniądze na akcje charytatywne możemy pomóc innym, a nie sobie. Dla niektórych to główny problem.
Ale wracając do Paczki: to akcja inna niż wszystkie. Po pierwsze: jej organizatorem jest ksiądz, a sama Szlachetna Paczka nie jest akcją ani kościelną, ani katolicką, ani religijną etc. etc.
Ks. Jacek Stryczek (nazwisko wyjątkowo medialne, fakt) chciał przede wszystkim w pewnym sensie zjednoczyć Polaków. Po kilku latach Paczki można śmiało powiedzieć, że udało mu się to, przynajmniej w części. Jednocześnie tysiące rodzin uzyskało niesamowitą pomoc, nie tylko materialną, ale także duchową.
Szlachetna Paczka ma za zadanie nie tylko ułatwić sytuację ludziom w potrzebie, ale przede wszystkim dać im nadzieję i przypomnieć, że ktoś o nich ciągle pamięta.
Bezinteresowna pomoc, niesiona szczególnie przez młodych ludzi, powinna być widoczna przez cały rok - nie tylko w okresie świąt czy WOŚP. Cieszmy się jednak z małych rzeczy! Ważne, że komukolwiek chce się jeszcze nieść wsparcie innym. Zapłatą dla nich niech będzie uśmiech tych, którzy ich potrzebują.
Wiecie, gdzie odbędzie się najbliższa noc kabaretowa? My mamy już swoją propozycję - Włocławek nadawałby się idealnie na gospodarza (w sumie byłaby to jedyna impreza, podczas której nasi politycy mogliby się jako gospodarze faktycznie sprawdzić). Poniedziałkowa sesja Rady Miasta jedynie potwierdziła, że nasze miasto wkrótce zajaśnieje na kabaretowej scenie.
Jeżeli macie zły humor, a nie chcecie pożegnać się z pieniędzmi w kasie Multikina, to mamy dla Was świetną i, co ważne, darmową, alternatywę. Zapraszamy na sesję Rady Miasta Włocławek! Bo, o dziwo, spotkania radnych możemy obserwować na żywo. Czasami chyba warto... My, po obejrzeniu relacji z poniedziałkowych obrad prawie spadliśmy z krzeseł!
O co chodzi? "Dorosła" Rada Miasta zainteresowała się w końcu sprawami młodzieży. Poruszony został nawet temat Kaczorexa, ale to materiał na kolejny artykuł (za dużo zdradziliśmy...). Tak więc odkrywczo stwierdzono, że należy powołać doraźną komisję, która miałaby zająć się sprawą MRM i jej statutu. Gdyby jednak sesja przebiegła spokojnie, a włocławscy politycy zgodnie podaliby sobie na koniec ręce, to pewnie sprawa nie znalazłaby się na naszym blogu, czyż nie?
Poszło o kolczyki. A nie, przepraszamy - tunele. To przecież wielka różnica... Bo, według doktora Władysława Skrzypka (byłego prezydenta Włocławka - przypominamy), osoba z tunelami nie może być dobrym przywódcą. W ogóle, czemu tacy ludzie istnieją? To tak "nie po bożemu"! Jakichś pogańskich rytuałów pewnie się zachciało... Tok myślowy Pana Doktora też trochę nas dziwi, momentami wręcz przeraża. Ale skoro osoba z takim autorytetem twierdzi, że wszelki piercing powoduje wyciek zawartości mózgu i intelektu, to pewnie musi być to prawdą, tak? Wychodzi na to, że jednak nie.
W czasie poniedziałkowej sesji Rady Miasta wyszły na jaw (dobra, wiemy o nich od zawsze, ale teraz nabrały kolorów) wszelkie grzeszki naszych radnych. Rasizm, powszechne chamstwo i, przede wszystkim, nieznajomość podejmowanych tematów - to tylko niektóre z nich. Teraz chociaż wiemy, przez ludzi jakiego pokroju prowadzone jest nasze miasto.
Mała rada dla radnych: zamiast na szukaniu różnic między tunelami a kolczykami i wyliczaniu, ile to razy w dyskusji padło słowo "doktor", może skupilibyście się na sprawach miasta, co? I wszystkim nagle żyłoby się lepiej. Albo nie - w końcu noc kabaretowa czeka. Stracilibyśmy wtedy najlepszą grupę kabareciarzy w Polsce!
Pytanie z "Szansy na sukces" - wybieracie taśmę profesjonalną czy amatorską? W sumie i tak nic nie przebije włocławskich polityków!
Ostatnie dni pokazały, że Włocławek to miasto blichtru i predyspozycji. Tak, predyspozycji. Co prawda w naszym mieście nikt raczej nie zostanie twarzą rajstop, ale na pewno jakaś twarz pojawi się w kronice policyjnej...
W końcu nie co dzień widuje się na osiedlowych parkingach warte 250 tysięcy euro auta. Bentley, który stał jakieś dwieście metrów od domowego ogniska waszej Redaktorki długo niestety nie postał. Sama obecność wozu wzbudzała podejrzenia i, co za tym idzie, zainteresowanie. Jak się okazało, nie był to wóz Ojca Dyrektora, a przynajmniej nie tego.
Trzeba się jednak cieszyć, że Włocławek w końcu pojawił się w ogólnopolskich mediach! Kradzież Bentleya - ba! - pięciu Bentleyów zdarza się raz na lata świetlne. Próba cichego przywłaszczenia sobie limuzyn, delikatnie rzecz ujmując, nie poszła zgodnie z planem. A może to tak specjalnie?
Właściwie każdy, nawet jeśli nie zna się na samochodach (podpisuje się wasza Redaktorka), zorientowałby się od razu, że z Bentleyem stojącym na Południu jest coś nie tak. Pachnący nowością wóz na angielskich blachach... wszystko fajnie, ale czemu kierownica jest z lewej strony? Jeden z włocławian uznał, że warto z tą sprawą zgłosić się na policję. Ba - bam, znaleźliśmy czwartego Bentleya skradzionego z berlińskiego salonu.
Pozostaje nam tylko zgadywać, czy złodzieje okazali się być średnio inteligentni, czy też był to celowy zabieg. Ale dlaczego? Polacy, jak to Polacy - lubimy pokazywać, jak to niemożliwe staje się możliwe (i nie robimy wcale reklamy Coca-Coli). Udało się wykraść pięć limuzyn z salonu, nie wzbudzając podejrzeń? Pewnie, że tak! A że nie było okazji oddać, to już po prostu zwykły brak szczęścia.
Dzisiaj nasze miasto pojawiło się w mediach po raz kolejny - mamy chyba kumulację! Tym razem nie bylo już tak śmiesznie - 3 osoby z niewiadomych przyczyn przeniosły się na łono Abrahama. Ale dzięki takim sprawom można się na przykład dowiedzieć, czym jest pampa. Pampa to bimber robiony z paliwa lotniczego (tak głoszą przynajmniej mieszkańcy Chmielnej). Cena? W promocji nawet złotówka za 100 gram. Przy okazji można kupić papierosy na sztuki - jak szaleć, to szaleć.
Szkoda tylko, że jeśli słyszymy o Włocławku w mediach, to za każdym razem są to treści negatywne. A to kogoś zabili, tu znowu ukradli, tutaj władza nie radzi sobie. A może by tak raz coś dobrego? Włocławek to wcale nie takie złe miasto! Przydałoby się przekonać do tego także innych Polaków...
W gimnazjum jednym z najbardziej lubianych przedmiotów jest WDŻ, czyli pięknie brzmiące "wychowanie do życia w rodzinie". Z doświadczenia wiemy, że z rodziną za dużo wspólnego to nie ma. Ale brzmi wyjątkowo, jak przedmiot z misją, czyż nie? Niestety, misja przedmiotu jest zawarta tylko w nazwie. Jeśli ktoś spodziewał się zajęć praktycznych z opieki nad dziećmi czy zmywaniem naczyń, to mylił się i to bardzo.
Lekcje wychowania do życia w rodzinie wyglądają podobnie: pierwsze zajęcie to oczywiście pytanie, czy "będziemy gadali o seksie". Tutaj zazwyczaj przyjaźń z nauczycielem się kończy. Kolejne godziny spędzamy na oglądaniu filmów edukacyjnych z epoki kamienia łupanego i debatujemy nad tym, czy dojrzewanie musi być bolesne. I tak rok w rok, bo przecież poważniejszych rzeczy dowiemy się później. Bardzo śmieszne. Z tym "dowiadywaniem się" niektórzy długo nie czekają, ale za to jak pięknie wygląda szesnastolatka z wózkiem!
Na lekcjach WDŻ poruszane są też tematy społeczne. Właściwie to kalka WOS-u, ale w takiej bardziej filozoficznej formie. Nie tak dawno, rozmawialiśmy o tolerancji. Właśnie - dzisiaj, 16 listopada, obchodzimy Dzień Tolerancji. To tak przy okazji.
Jak można się domyślić, rozmowa o tolerancji skończyła się dosyć szybko. Padło kilka słów wyjaśnienia, co to w ogóle oznacza być tolerancyjnym. Wszyscy dobrze wiemy, że osoba tolerancyjna to taka, która szanuje innych ludzi bez względu na ich kolor skóry czy wyznanie. To najbardziej znana i, można by powiedzieć, najbardziej trafna definicja. Ale wiemy też doskonale, że Polacy nie są tolerancyjnym narodem. Skoro nie tolerujemy nawet, Bogu ducha winnej, tęczy, to o tolerancji chyba lepiej nie mówić.
Na naszej lekcji WDŻ dyskusja wyglądała mniej więcej tak: po teoretycznej części lekcji pani Kasia (nasza projektowa opiekunka) zadała nam to długo oczekiwane pytanie: czy jesteśmy tolerancyjni?
Fala chichotu i wymiany spojrzeń mówiły same za siebie. Zamiast rozmawiać o tym, jak to szanujemy innych ludzi bez względu na wszystko, zaczęliśmy wyjaśniać. Jako obserwatorzy stwierdzamy, że wyszło trochę nieudolnie, a już na pewno nieszczerze. Teksty o tym, że muzułmanie są o wiele większymi rasistami niż Polacy, a każdy z nich to ukryty terrorysta trochę się przejadły. "Nie mam nic do gejów, niech sobie żyją jak chcą. Po prostu się ich brzydzę" - często spotykamy się z takimi opiniami. Kiedy jest się nastolatkiem, nie do końca pojmuje się chyba istotę tolerancji, trudno jest nam wykazać się empatią. Może to wina Internetu... Nie chcemy wskazywać winnych.
Czym jest tolerancja dla nas? To nie tylko szanowanie innych. Jak widzimy, szacunek do gejów czy Żydów objawia się zazwyczaj zwykłą ignorancją. Nie o to chodzi w byciu tolerancyjnym. Człowiek tolerancyjny będzie służył także pomocą, zainteresowaniem. Zróbmy przekład dla konsumpcjonistów: człowiek tolerancyjny powinien traktować innych jak rzeczy. CO?! Dokładnie, jak rzeczy. Zauważmy, że o nasze dobra materialne troszczymy się, często jak o nic innego. Czy nie warto traktować tak także i ludzi, którzy przecież warci są o wiele więcej?
Zostawimy Was z jedną, ciekawą historią: w Sierra Leone (jednym z najbiedniejszych państw świata) pytano dzieci o to, kim chcą zostać w przyszłości. Wszyscy mówili, że ich marzeniem jest bycie prawnikiem czy lekarzem. Jeden chłopiec natomiast stwierdził: "Chciałbym zostać białym człowiekiem". Wstrząs? Przemyślcie to sobie...
Wszyscy jedli dziś obiad? Mamy nadzieję, bo jak człowiek głodny, to zły - jak głosi powiedzenie. Nie ma to jak rozkoszować się smakiem schabowego czy żurku domowej roboty... Tym bardziej, że dzisiaj zaczynamy weekend! (tylko prosimy - nie podpalajcie z tego powodu tęczy, ok?)
No dobra, obiadki u babci zawsze będą cudem gastronomii, ale co z jedzeniem stołówkowym? Wszyscy wiemy, jak wygląda przeciętny jadłospis w przeciętnej szkole: szara breja o smaku mięsa i rosołek z kostki z dodatkiem włosów kucharki. Przychodzi oczywiście czas, kiedy rzucą rybą "prosto znad morza" albo naleśniczkami z polewą, ale musi się znaleźć wtedy odpowiednia okazja do takiej burżuazji na stole. Możecie powiedzieć, że są przecież szkoły z cateringiem - ale wiecie, ile taka fanaberia może kosztować? Nawet dwa razy drożej niż swojski posiłek przygotowany przez panią Krysię.
Nie na wszystkich stołówkach jest tak źle. Chcecie się dobrze najeść i w dodatku nie przepłacić? Więzienia zapraszają!
Że co? Więzienia? A tak! W dodatku najlepszy pod tym względem zakład karny w Polsce znajduje się w... Mielęcinie! Wyjątkowy powód do dumy, tym bardziej, że naszą pozycję w rankingu budowaliśmy od wielu lat. Kiedyś bowiem, więzienna kuchnia włocławska do kuchni najwyższych lotów nie należała. Ba, standardy były zerowe. Przyszła więc pora na "Kuchenną Rewolucję"! Co prawda ekipa TVN z Magdą Gessler na czele się nie zjawiła, ale pojawił się za to Rafał Nowaczyk. Jak widać - dla chcącego nic trudnego! Od jakiegoś czasu więzienie we Włocławku może się szczycić najlepszym żywieniem swoich podopiecznych!
Dzięki jednej z telewizji śniadaniowych mogliśmy bacznie przyjrzeć się więziennej gastronomii. Zaskoczenie było ogromne! Spodziewaliśmy się menu podobnego do tego szkolnego. A z czym się spotkaliśmy? Oto przykładowy jadłospis samego obiadu (!) we włocławskim zakładzie przy Bartnickiej:
* zupa wiejska
* gulasz
* placki ziemniaczane
To tylko jeden z zestawów. Do wyboru mamy bowiem nawet 11 menu dziennie. Zgadza się, 11! Bo przecież w więzieniu też są ludzie i mają swoje potrzeby: swoje jadłospisy mają więc wegetarianie, cukrzycy czy wyznawcy innych religii.
A biednych gimnazjalistów nie chcą tak karmić :(. Warto jeszcze wspomnieć, ile musimy wydać na wyżywienie więźniów. Tak, my musimy. Akcja uświadamiania właśnie się rozpoczęła. Posiłki w więzieniach opłacane są z budżetu, a budżet opłacany jest z... naszych podatków. A więc, pośrednio dzięki nam, pensjonariusze mogą zajadać się placuszkami. Świat nie jest sprawiedliwy :(.
Wróćmy jednak do cen. Dzienna stawka żywieniowa więźnia to 4,80 zł. Czyli więcej niż przeciętny koszt obiadu na szkolnej stołówce. Nie zapominajmy jednak, że za tę sumę trzeba przyrządzić trzy dania - zadanie staje się nieco utrudnione. Wtedy na jeden posiłek zostaje nam 1,60 na kulinarne szaleństwa. Jak jednak mówiliśmy, dla chcącego nic trudnego!
Wyzwaniem było nie tylko przygotowanie jadłospisu. W więziennej kuchni nie gotują w końcu kucharze z pięciogwiazdkowych restauracji. Gotują sami osadzeni. I teraz szef kuchni ma dylemat: obiad ktoś ugotować musi, a jak gotowanie, to i krojenie. No, trochę strach. Ale jak widać, zaufanie w zespole jest duże, bo noże (przynajmniej w reportażu w DDTVN) nie latały.
Ostatnia kwestia, czyli nasze ulubione rozterki filozoficzne. Czy więźniowie nie mają za dobrze? W końcu żyją lepiej niż wielu Polaków. Darmowe posiłki, darmowa i szybka opieka zdrowotna... Z tego, co wiemy, w więzieniach odsiaduje się kary, a nie jedzie się na wakacje. Takie jest nasze zdanie. Choć, może jesteśmy trochę nieobiektywni - wiecie, to jedzenie stołówkowe potrafi zepsuć człowieka...
Łapcie linczek do reportażu o naszym cudownym więzieniu:
Jak poradziliście sobie ze śmiercią Maćka Musiała? No cóż - umarł, bo musiał. Fejsbukiem już zawładnęły fanpage opłakujące los młodego polskiego aktora. Ale oto nadeszła tragedia jeszcze większa - Święto Niepodległości.
Obyło się co prawda bez różowych baloników, ale zamieszki... to już inna sprawa. O 11:11 (standardowo) wyruszył Bieg Niepodległości. Wydarzenie cudowne, prawdziwie patriotyczne, a i trochę kalorii można przy nim stracić. Później mieliśmy oficjalny, rządowy marsz "Razem dla Niepodległej". Wszystko szło zgodnie z planem, ale przecież gdyby od początku do końca Święto Niepodległości było udane, pewnie nasz post byłby o wiele bardziej nudny.
A 11 listopada działo się w stolicy! Kiedy wystartował Marsz Niepodległości (można się pogubić w tych nazwach), jakoś tak wszystkim puściły hamulce. Nikogo nie dziwiło, że uczestniczy marszu, organizowanego przez kwiat Młodzieży Wszechpolskiej, mają kominiarki na twarzach. Można było też, zupełnie przypadkowo, uważać, że mają niezbyt pokojowe zamiary. Ale dobra: Jest marsz, jest impreza!
Tak to mniej więcej wygląda. Impreza zaczęła się wtedy, kiedy została rzucona pierwsza raca. Potem poszło z górki: kamienie, butelki, płyty chodnikowe - do wyboru, do koloru. Nie ma to jak recykling... Później ambasada Rosji, nasz kolejny przystanek. Marsz "Razem dla Niepodległej" podążał śladami pomników, a prawicowy marsz? Jeszcze nie rozwikłaliśmy tej zagadki.
Na całe szczęście budka przy ambasadzie została już naprawiona, teraz pozostaje tylko poprzerzucać się winą. Rosja chce przeprosin i odszkodowania - i już mamy powód do konfliktu. No bo kto ma zapłacić? Rząd i policja były co prawda odpowiedzialne za ochronę ambasady, ale bądźmy szczerzy: przy takiej ilości byczków i kiboli w kominiarkach walka byłaby nierówna...
11 listopada warszawscy hipsterzy utracili swoje miejsce spotkań. Plac Zbawiciela do tej pory był w końcu jednym z najbardziej artystycznych i nie-mainstreamowych punktów Warszawy. A teraz? Teraz nawet tęczy tam nie ma! Nie wiemy, od kiedy tęcza może robić za zapalniczkę, ale jak widać - Polak potrafi! Dobrze, że są jeszcze ludzie, którzy o instalacji pamiętają i próbują ją upiększyć. I tak, w osmalony szkielet tęczy, warszawiacy wtykają... kwiaty. Jak pięknie! Nawet Edyta Górniak wciągnęła się w akcję odbudowania symbolu miasta.
Ułańska fantazja to cały czas nasza największa zaleta. A może wada? Dziewczyny i tak mamy najlepsze!
Ostatnie dni urlopu zostały już wykorzystane, ale nie martwcie się! Wcale nie spędziliśmy weekendu na oglądaniu Miley Cyrus odpalającej się w Amsterdamie. Ani tym bardziej nie zachwycaliśmy się pierwszym odcinkiem "Ekipy z Warszawy". Powodem naszej kilkudniowej przerwy w nadawaniu była choroba Redaktorki (też sobie wymyśliła... i jeszcze się tłumaczy!). Wracam do zdrowia, więc możemy wziąć się za nową sprawę!
A, trzeba przyznać, w ostatnich dniach sytuacja polityczna trochę ożyła. Oczywiście po raz kolejny chodzi o Młodzieżową Radę Miasta... Tylko nie jęczcie tam! :) Sprawa nabrała tempa, więc naturalnie przybliżymy ją Wam nieco.
Tak jak niedawno pisaliśmy, "Projekt Włocławek" wysłał już apel do wojewody dotyczący wyborów do MRM w naszym mieście. Cel był jeden - wybory trzeba powtórzyć! No i cóż: cel został osiągnięty.
Wybory będą powtórzone (to już oficjalne informacje), a ich termin? Najwcześniej styczeń 2014...
Prace MRM leżą więc i kwiczą, ale przecież liczy się demokracja, czyż nie? Duży wkład w powtórzenie wyborów miała sama Młodzieżowa Rada Miasta, która niedawno zajęła stanowisko w tej sprawie. O, nie opowiedzieliśmy jeszcze tej historii...
Otóż w ostatni piątek odbyło się pierwsze, nieformalne spotkanie radnych MRM. No, przynajmniej "kandydatów wskazanych na radnych". Początkowo mieliśmy się tylko poznać, pogadać o żelkach i "Na Wspólnej". Jak zwykle przeszkodziła nam w tym polityka. Nasze spotkanie towarzyskie po kilkudziesięciu minutach autoprezentacji zmieniło się w debatę nad formą stanowiska. Już pokazujemy, o co chodzi:
Po zajęciu naszego stanowiska zwołaliśmy konferencję prasową (o matko, jakie fejmy :*). I tak, w sobotę, punktualnie o 11, rozpoczęła się nasza pierwsza medialna przygoda. Co prawda pod Urzędem Miasta nie zjawiła się ekipa TVNu (a szkoda), ale i tak zrobiliśmy niemałe zamieszanie. Takie, że urzędowy bankomat aż odmówił posłuszeństwa. Na jaw wyszło wiele smaczków, zamieszała się nawet korupcja, ale uważajmy: przecież to zwykłe pomówienia i możemy za nie odpowiadać w sądzie!*
Ważne, że cała sprawa - od początku z resztą jasna - została wyjaśniona. Wybory najwcześniej odbędą się w styczniu i, dla niektórych radnych, będzie to zwykła formalność. Osoby, które przeszły ze swoich okręgów wyborczych (czyli szkół) z pierwszego miejsca, mają o wiele większe szanse na dostanie się do MRM. A co z uczniami, którzy zostali radnymi, a w swoich szkołach ponieśli klęski? Mają prawie dwa miesiące na przekonanie swoich wyborców. Zabrzmi to jak tekst z "Trudnych Spraw", ale naprawdę - przywiązaliśmy się do siebie. My, znaczy radni. Poza tym wszyscy dobrze wiemy, co się dzieje z tymi, co dają i zabierają... Ale nie róbmy tragedii - co by się nie działo, chociaż nasz blog przeżyje!
Gdzie my żyjemy? Gimbaza nigdy nie przestanie nas zaskakiwać... Słyszeliście może o sprawie z "pewnego włocławskiego gimnazjum"? Okazuje się, że w szkole można nakręcić całkiem niezły horror klasy B. Pytanie do dorosłych Czytelników: czy w Waszych czasach chłopcy też podcinali swoim byłym dziewczynom żyły? Nie? Może to jakiś nowy sposób okazywania uczuć? Miejmy nadzieję, że nie. Chwilowo jest to odosobniony przypadek i oby tak pozostało...
To taki niezbyt przyjemny przerywnik. Przejdźmy jednak do dzisiejszej sprawy: Młodzieżowa Rada Miasta, part 2. Przez kolejne dni będzie to naczelny temat naszego bloga, choć właściwie nie ma się co dziwić. Musielibyśmy być niesamowitymi ignorantami, aby pominąć kwestie, które dotyczą przede wszystkich młodych włocławian. A przecież wybory do MRM (choć może nie zdajecie sobie z tego sprawy, drodzy Gimnazjaliści i Licealiści) i wyniki tychże wyborów mogą wpłynąć na Wasz szkolny żywot. Naprawdę.
Jutro w Urzędzie Miasta odbędzie się konferencja prasowa, jak to zgrabnie określono, "kandydatów wskazanych na radnych Młodzieżowej Rady Miasta V kadencji". Matko, bardziej neutralnie się nie dało. Na konferencji poruszony zostanie naturalnie temat wyborów, a przede wszystkim nieścisłości, jakie powstały w czasie zliczania głosów. Choć "Projekt Włocławek" złożył już pismo ws. powtórzenia wyborów, a MRM zajęło stanowisko w sprawie, i tak władza jest w rękach ratusza i "dorosłej" Rady Miasta. Teraz możemy tylko czekać na jutrzejszą konferencję MRM. Miejmy nadzieję, że tego typu incydent nie zostanie zamieciony pod dywan...
PS dla Komisji Wyborczej: Usprawiedliwianie się wadliwym statutem MRM jest zwyczajnie nie na miejscu. Nowy projekt leży w końcu nieruszony od maja gdzieś pośród urzędowych papierów. Zasłanianie się tym dokumentem w tej sytuacji jest nieco bezsensowne, czyż nie?
Houston, mamy problem! Dobrze myślicie - znowu polityka! Niestety tym razem nie mówimy o "dorosłej polityce". Chodzi o Młodzieżową Radę Miasta... To nasze miasto ma taką radę? I owszem. Nadeszła pora, by przybliżyć Wam trochę sytuację... Zgodnie ze statutem jest to tylko i aż "ciało konsultacyjne". Gdyby ciałem konsultacyjnym w naszym mieście była Dżołana Krupa, to może coś dało by się ugrać... Zacny suchar! To, że młodsza rada miasta jest ciałem konsultacyjnym oznacza, że tak naprawdę ma bardzo ograniczone pole działania. Fakt, może organizować konkursy czy szkolenia (o ile rada miasta poświęci trochę środków), ale jeśli chodzi o bardziej poważną politykę, która mogłaby realnie wpłynąć na życie włocławskiej młodzieży, to MRM może co najwyżej posłużyć radą. Ewentualnie zająć stanowisko. Czy Rada Miasta bierze pod uwagę zdanie młodych radnych? Przemilczymy tę kwestię... Aktualna sytuacja Młodzieżowej Rady Miasta (przynajmniej do wczoraj) i tak wypada świetnie, jeśli weźmiemy pod uwagę poprzednie kadencje. Teraz chociaż głosy o zlikwidowaniu rady zdecydowanie ucichły. Dobrze zorganizowany przewodniczący to jednak podstawa sukcesu. Obserwując poczynania IV kadencji MRM przyznajemy, że postęp uczyniony w tak krótkim czasie jest oszałamiający. Tym bardziej, że prace rady rozpoczęły się z dużym opóźnieniem. Jak dobrze, że w naszym mieście są jeszcze młodzi ludzie, którym po prostu "chce się" cokolwiek zrobić. Szkoda tylko, że jest ich tak mało... Bzdura! Według nas we Włocławku jest wielu młodych aktywistów, ale spotykają oni na swojej drodze liczne przeszkody. Taką przeszkodą okazały się ostatnie wyboru do, już V, kadencji MRM. Czy wybory naprawdę mogą być przeszkodą? Powinno być przecież wręcz przeciwnie: to szansa na dojście do głosu w ważnej sprawie. Do czasu (do wczoraj - przypominamy) wyniki były absolutnie satysfakcjonujące: wybory przebiegały bez incydentów, a nowy skład rady jest już znany. Dobre, dobre, naprawdę. Szkoda tylko, że to jedna, wielka mistyfikacja... hemoglobina, dwutlenek węgla.
Już mówimy, o co chodzi: według statutu (tak, po raz kolejny jesteśmy nim ograniczeni) uczniowie mogą głosować w obrębie swoich okręgów wyborczych, czyli swoich szkół. Oznacza to, teoretycznie, że każda szkoła powinna posiadać przynajmniej jednego radnego. Przed nami stoi jeszcze jedno ograniczenie - tym razem dotyczy liczby radnych w ogóle. 25 osób w MRM to, przynajmniej dla nas, niezbyt wiele. Miasto powinno doceniać przede wszystkim chęci młodych włocławian, a ograniczenia ilościowe są tylko zbędną przeszkodą. Ciekawe, co powiedzą władze miasta, kiedy przez takie praktyki wytępione zostaną ambicje i chęci młodych społeczników... O jakie praktyki chodzi? Tak jak napisaliśmy, pod koniec października odbyły się wybory do MRM. Wszystko fajnie, ale... W naszym mieście zawsze musi pojawić się "ale". Tym razem afera jest spora: na jaw wyszło sporo nieprawidłowości. Kacper Marciniak, przewodniczący MRM, niestety, potwierdził tę informację. Właściwie nikt nie dowiedziałby się o złamaniu statutu, ale - może na szczęście - znalazł się obrońca demokracji. Mariusz Kwaśniewski, kandydat II LO na radnego, mimo że był jedynym kandydatem swojej szkoły, nie został przyjęty do MRM. Z jednej strony demokracja to możliwość wyboru, a przy jednym kandydacie wybór jest dość ograniczony. Z drugiej strony jednak, zarówno statut, jak i prawa demokracji wręcz nakazują szkołom posiadania swojego reprezentanta w radzie. Utworzenie rankingu głosów spowodowało ciekawą sytuację: jedne szkoły mają w szeregach MRM trzech radnych na trzech zgłoszonych kandydatów, inne zaś - ani jednego. Mamy nadzieję, że sprawa szybko się wyjaśni. Powtórzenie wyborów to najgorsze, co może teraz stanąć MRM na drodze do sukcesu. Ale nie ma co się załamywać, prawda?
Jesień już zapanowała we Włocławku - wieczory stają się coraz dłuższe, a złote liście powoli wymeldowują się z nadrzewnych mieszkań. Jakież to bezlitosne! Za oknem tak sennie, a my? Pobudka o siódmej rano, pięć dni w tygodniu. Żeby tylko o siódmej! Nie zapominajmy, że sen to najważniejszy punkt dnia. Według sprawdzonych badań amerykańskich naukowców (cóż za oksymoron!), w łóżku spędzamy ponad 20 lat!* W sprawach snu zawsze możemy liczyć na wyrozumiałość sąsiadów... Jakie życie byłoby bez nich nudne! Wyobraźcie sobie, że zamiast marnować minuty na bezsensowny sen, słuchacie pieśni w wykonie Chóru Aleksandrowa! Nieważne, że jest już po 23 - na obcowanie z kulturą nigdy nie jest za późno! A więc sąsiedzi, często nieświadomie, troszczą się o nas. Czy potrafimy te starania docenić - to już inna sprawa. Bo przecież może się nam, zupełnie niesłusznie oczywiście, wydawać, że nasz sąsiad jest zwyczajnie złośliwy. Albo zgorzkniały. Dobra, może czasem zdarzy mu się gorszy dzień, ale na co dzień jest wzorem cnót, czyż nie? Oj, też byśmy chcieli takiego sąsiada... A wiedzieliście, że nasz kochany Włocławek też ma sąsiadów? I nie - nie chodzi nam o Pikutkowo ani Wieniec Zdrój. Z tym sąsiedztwem to trochę przesadziliśmy - od naszych "sąsiadów" dzielą nas setki kilometrów. Czy mówią Wam coś miasta partnerskie? Ze związkami partnerskimi nie ma to nic wspólnego. To proste: jeżeli dwa miasta są ze sobą połączone takim partnerstwem, to wymieniają się wzajemnie swoją kulturą, współpracują gospodarczo i przekazują sobie informacje. Wiele miast świata posiada takiego "zagranicznego przyjaciela" - także Włocławek znalazł się w tym zaszczytnym gronie. Nie spodziewajcie się jednak, że miastem partnerskim naszego miasta będzie Nowy Jork czy Paryż. Pewnie o miastach, które teraz Wam przybliżymy, do tej pory niewiele słyszeliście... Oto nasze miasta partnerskie: * Bedford (Wielka Brytania, Anglia) - "metropolia" wielka na 80 tysięcy mieszkańców, jednak na tyle duża, by miejscowa polonia miała dwie strony internetowe... Urocze mieścina nad rzeką Great Ouse. Sami spójrzcie:
* Mohylew (Białoruś) - przyjaciel ze Wschodu. Mohylew to już nie byle osada - wiedzieliście, że to stolica obwodu mohylewskiego i trzecie pod względem wielkości miasto Białorusi? No, my też nie!
Przy okazji leży nad Dnieprem, więc gospodarczo ma się całkiem nieźle. Jak na Białoruś - wręcz cudownie... Prezentuje się pięknie, szczególnie zimą:
* Izmaił (Ukraina) - przyjaciel ze Wschodu, part two. Ciekawe ze względu na fakt, że więcej jest w nim Rosjan, niż Ukraińców. Kiedyś Izmaił był turecką twierdzą, a nawet obiektem rywalizacji. Lokalizacja w końcu świetna - miasto leży blisko Morza Czarnego. Łapcie fotkę ze zdobycia twierdzy!
* Saint - Avold (Francja) - chcieliście Paryż, to macie! Prawie... W sumie łączy je tylko Francja, ale lepsze to, niż nic. W samym Saint - Avold mieszka nieco ponad 15 tysięcy mieszkańców i tym samym miasto plasuje się na 33 miejscu wśród... gmin Lotaryngii. Powód do dumy - niesamowity.
Jak się ma takiego przyjaciela, życie od razu staje się łatwiejsze! Ale czemu włocławski ratusz nie chwali się współpracą zagraniczną? Czy warto to zmienić?
Tym samym wcisnęliśmy Wam małą reklamę. Macie jakieś ciekawe tematy związane z polityką Włocławka? Własne zdanie? A może o czymś jeszcze nie powiedzieliśmy? Piszcie do nas! Oto adres:
projekt.polityka@gmail.com
Z niecierpliwością czekamy na maile! A teraz coś specjalnie dla wszystkich sąsiadów: zgryźliwych tetryków, babć zastępczych czy, po prostu, dobrych ludzi...
* nie możemy zagwarantować, że przedstawione przez nas badania amerykańskich naukowców są potwierdzone badaniami ich kolegów po fachu. Dla własnego bezpieczeństwa - nie próbujcie tego w domu!
Znicze zapalone, rodzinne obiadki zaliczone, a długi weekend zmierza ku końcowi. Nie smućcie się jednak - supermarkety już szykują bożonarodzeniowe oferty! Wracając jednak do 1 listopada... Dzień Wszystkich Świętych to wyjątkowo piękne święto, pełne rozmyślań i refleksji. Potrzebujemy takiego czasu w roku, kiedy możemy na chwilę zatrzymać się i wspomnieć naszych bliskich. Jednak dzień wcześniej obchodzimy święto, które spędza sen z powiek konserwatywnym Polakom. Tak, mówimy o Halloween.
O co chodzi? Halloween, czyli Święto Duchów, spotyka się w Polsce z wielkim oburzeniem. Bo przecież to "święto satanistów", trzeba je więc wytępić. Jak można wzywać duchy i potwory tuż przed 1 listopada? Ano można! Rozumiemy oczywiście, że można być przeciwnym tego rodzaju świętom, zwłaszcza osoby starsze nie rozumieją naszej "fascynacji" Halloween. Ale wmawianie dzieciakom, że Halloween to wzywanie diabła i zabawianie się czarną magią to chyba delikatna przesada, czyż nie? Swoją drogą - czarną magią? Że co? Oj, chyba za długo siedziało się w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie...
Przebierając się tego dnia, nie propagujemy wcale kultury amerykańskiej (jeśli już, to nieumyślnie). Bardzo często wytyka się nam to, że lubimy naśladować zachodnie zwyczaje - ale czy to coś złego. Ostatecznie fakt, że dzisiaj mamy Walentynki też jest naśladownictwem. I kawa, i herbata - możemy tak wymieniać. My chcemy się po prostu dobrze bawić, nie zapominając przy tym o Wszystkich Świętych. Ten jeden, specjalny dzień, kiedy zamiast odprawiać czarne msze (jak mogłoby się wydawać), wolimy spotkać się z przyjaciółmi. A następnego dnia, pełni powagi, uczcić pamięć zmarłych. Czy wymagamy zbyt wiele?
Będąc w klimacie Halloween, łapcie Dead Man's Bones - zespół grający dość "grobową" muzykę. Alternatywa do kwadratu, ale jeśli lubicie słuchać o miłosnych rozterkach wilkołaków i tym, jak fajnie być zombie - to coś specjalnie dla Was!
PS: To zespół Ryana Goslinga! Kobieca część naszej ekipy go kocha! DOZO!
Czy jako maluchy też myśleliście czasem, by zostać mężnymi rycerzami? Albo pięknymi i wspaniałomyślnymi księżniczkami? No pewnie - przecież każdy chce być w życiu kimś wielkim. Wracając do rycerzy... Pamiętacie z lekcji historii, że z rycerstwa powstała później szlachta? Wtedy już nie było tak bajkowo: dawni wojownicy ratujący z opresji damy zmienili się w leniwych i interesownych zarządców majątków. Nie tak od razu oczywiście, ale jak pokazują podręczniki do historii polskim szlachcicom do władzy udało się dojść nader szybko. Możecie powiedzieć, że przecież mieliśmy wtedy króla. Ale co z tego? Dzisiaj przecież mamy prezydenta, a władza i tak leży w rękach rządu i parlamentu, prawda?
A co się stało ze szlachtą? Co prawda istnieje do dziś, ale jest raczej "ozdobnikiem społeczeństwa". Elitą, która przypomina jednak coraz bardziej muzealny eksponat. Nie załamujmy się jednak tak łatwo - skoro prawdziwych szlachciców już (prawie) nie ma, to czemu by nie znaleźć samozwańczych arystokratów? Grupa osób zadała sobie kiedyś to pytanie i tak oto powstali HIPSTERZY.
Były już lemingi, a teraz damy Wam ich "całkowite" przeciwieństwo. Prawdziwy hipster powinien być inny niż inni, a swoim wyrafinowanym gustem i stylem wyprzedzać społeczeństwo o lata świetlne. Przynajmniej tak mu się wydaje. To indywidualista w każdym calu, nie ima się pracy w korporacjach. Od papierkowej roboty woli artystyczne projekty i, na przykład, tworzenie alternatywnej muzyki. Najlepiej grać na widelcach i bębnach ze skóry tybetańskiego jaka. Jak alternatywa to alternatywa: zaśpiewajcie po chińsku albo języku klingońskim (tym ze "Star Treka"). Jeśli jednak mamy być szczerzy, na dobry początek muzyka indierockowa w zupełności wystarczy. Swoje utwory publikujcie w Internecie - koniecznie. Każdy artysta - hipster tak zaczynał.
To taki mały, hipsterski przepis na muzyczny sukces. A co o samym hipsterze? To przede wszystkim doskonały stylista. Nieważne, że stylizuje tylko siebie: w swojej dziedzinie jest prawdziwym geniuszem. Oryginalność to pierwsza i jedyna zasada. Teraz sprzedamy Wam parę wskazówek.
Oto co nosi i reprezentuje hipster:
* noś eleganckie swetry w serek w trzydziestostopniowy upał!
* trampki? tylko fluo lub w szachownicę!
* rurki to podstawa (chociaż ich miejsce jest w torbie hydraulika)!
* fryzura absolutnie odbiegająca od standardów! Na czeskiego piłkarza, na sarmatę lub, nasze ulubione "krótkie, acz rozszalałe"!
* ironia jest najważniejsza! wąsy i broda i każda kobieta Twoja! (przyszłym hipsterkom radzimy jednak oszczędzić sobie zapuszczanie wąsika)
* nie masz wady wzroku? żaden problem - po coś wymyślono chyba zerówki?!
* pod żadnym pozorem nie zapominaj o dodatkach! Ekologiczne torby, szelki na wierzchu i szaliki latem chyba przejdą...
* wskakuj na "holenderkę" i leć w miasto!
* kupuj rzeczy vintage w second - handach (po naszemu: lumpeksach)!
* wyrzuć zapalniczkę! zapałki są takie oryginalne...
* polub na Facebooku wszystkie profile Spotted!
* obserwuj modowe poczynania Twoich znajomych! Nie bój się też śmiało komentować ich stroju - niech wstydzą się swojego braku osobowości!
* na dźwięk słowa "mainstream" musisz dostawać artystycznych mdłości!
* Twój sprzęt elektroniczny obwieszaj jabłkami, gruszkami czy innymi owocami ze spiżarni babci!
* bądź odkrywcą! Mów, że to Ty odkryłeś Justina Biebera i "Gangnam Style"!
I najważniejsze: NIE WMIESZAJ SIĘ W TŁUM!
Hipster jednak nigdy nie powie Wam, że jest hipsterem. On ma swój gust, tyle. Jest bardziej wrażliwy od Ciebie, więc pewnie nie zrozumiesz. Tym hipster wyróżnia się chyba najbardziej - czuje wyższość nad innymi. Jednym słowem - hipster = lanser.
W dużym skrócie: z rycerzy powstała szlachta, ze szlachty - hipsterzy. I co dalej? Boimy się pytać...